Chciałabym Wam przedstawić moje miejsce na Ziemi. Miejsce do którego zawsze wracam, w którym spędziłam jedne z najpiękniejszych i najważniejszych chwil w moim życiu. Jest to działka mojej Mamy we wsi letniskowej Mierzwice Kolonia.
Mierzwice Kolonia to wieś w Polsce położona w województwie mazowieckim, w powiecie łosickim, gmina Sarnaki. Miejscowość letniskowa położona nad rzeką Bug w Parku krajobrazowym Podlaski Przełom Bugu. Istniał tu ośrodek wypoczynkowy PKP, obecnie stanowi własność prywatną. W pobliżu ośrodka znajdują się liczne domy letniskowe. Miejscowość jest szczególnie popularna wśród mieszkańców Siedlec, Warszawy i Łodzi. Przez wieś przebiega linia kolejowa Siedlce-Czeremcha, przy której znajduje się przystanek Fronołów. Pod tą zwyczajową nazwą miejscowość jest znana letnikom i częściej funkcjonuje jako Fronołów niż Mierzwice-Kolonia. Nazwa ,,Fronołów” pochodzi od nazwiska rosyjskiego inżyniera Fronołowa, który zaprojektował most kolejowy w tym miejscu.

Nieopodal znajduje się również piękne miejsce -Mierzwice Stare. Jest to wieś królewska, założona w 1545 roku, otoczona lasami, położona na skarpie nad rzeką Bug. Zachowały się drewniane domy i zabudowania gospodarcze z końca XIX wieku. Przy wjeździe do Mierzwic od strony Sarnak stoi dobrze zachowana, murowana kapliczka przydrożna z ludową rzeźbą św. Jana Nepomucena z ok.1900r.

W okolicznych lasach zachowały się pomniki przyrody dęby szypułkowe, czeremcha amerykańska. Mierzwice już przed drugą wojną pełniły funkcje wsi letniskowej. Przyjeżdżali tu wczasowicze z Siedlec, Warszawy i Białej Podlaskiej.
Teraz Mierzwice jak dawniej, pełnią funkcję miejscowości wczasowej. W okolicznych lasach powstało wiele ośrodków wczasowych. Ośrodki te powstawały jeszcze za poprzedniego ustroju i należały do zakładów pracy z Warszawy, Siedlec i Łukowa.

Teraz domki w niektórych ośrodkach zostały wykupione przez prywatnych właścicieli
i nie są ogólnie dostępne ale pozostałe ośrodki wczasowe odnalazły się w nowej rzeczywistości i prowadząc działalność gospodarczą wynajmują domki turystom
i wczasowiczom, a także prowadzą stołówki.

Jeszcze kilkanaście lat temu w prawie każdym domu można było wynająć pokoje na okres urlopu. Wynajem pokoi dla wczasowiczów był sposobem zarabiania dodatkowych pieniędzy przez miejscowych mieszkańców. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku prawie każde gospodarstwo w Mierzwicach było ,,gospodarstwem agroturystycznym” chociaż ta nazwa wtedy jeszcze nie była używana.

Mieszkam w Warszawie, jednak nie ma dnia, żebym nie tęskniła za moimi Mierzwicami, nie ma wakacji i czy majówki, abym była tam nieobecna. Chociaż zwiedziłam wiele miejsc na Ziemi, dla mnie najpiękniej jest właśnie tutaj! Każdy zaproszony przeze mnie gość zakochuje się w tym miejscu, twierdzi, że jest tu jakaś magia. Z resztą większość wczasowiczów to prawdziwi pasjonaci tego miejsca. To niesamowite obudzić się i pierwsze co widzisz po obudzeniu się to okno, a w nim czubki sosen na tle błękitnego nieba. Potem umyć się w lodowatej wodzie (jakie to orzeźwiające!) i popić śniadanie mlekiem prosto od krowy przywiezionym przez Panią Irminę. Tutaj raczej nie chodzę na zakupy do sklepu, to sklep przyjeżdża do mnie a w nim zdrowa żywność z miejscowych tradycyjnych gospodarstw.

Chociaż sklepik też mieliśmy – u Bogdana, ale tam zaopatrywałam się w napój bogów, znaczy się piwo. Nawet nie wiecie jak bardzo brakuje mi dzisiaj kawy na leżaczku pod sosnami, którą piję zazwyczaj o tej porze. Potem zazwyczaj plażowanie nad Bugiem, wypad do lasu na grzybki (moje hobby) lub na bezcelową włóczęgę, albo pokonywanie kilometrów moim rowerkiem. Wieczory są tutaj również cudowne. Niebo pełne gwiazd, z działek dochodzi zapach grilla, jest bezpiecznie i można spokojnie spacerować w świetle księżyca. Uwielbiam kolację na świeżym powietrzu przed moim domem, w towarzystwie kotów sąsiadów i jeży, które nauczyły się przychodzić na poczęstunek.
Nie było dnia, żeby tutaj dopadła mnie nuda, nawet jeśli jest paskudna pogoda. Tutaj nie odczuwam potrzeby kontaktu z cywilizacją poprzez internet czy telewizor, wystarczy mi radio w celu wysłuchania wiadomości. Nie tęsknię też za kontaktami z ludźmi. Potrafię tam spędzać tygodnie zupełnie sama i dobrze mi z tym. Chociaż w dzieciństwie i młodości moje życie towarzyskie było bardzo bogate. W dzieciństwie miałam bandę, w której dowódcą był codziennie ktoś inny (jakie to sprawiedliwe!). Budowaliśmy w lasach szałasy, graliśmy w podchody, robiliśmy wyprawy ,,krajoznawcze” po okolicy. Uwielbialiśmy wyprawę do poradzieckich bunkrów, które są do dzisiaj w okolicach Siemiatycz. Wszystko oczywiście w tajemnicy przed rodzicami, ponieważ wyprawa wymagała przeprawy przez most kolejowy na drugą stronę Bugu, a jako dzieci mieliśmy to surowo zabronione. W bunkrach można było znaleźć prawdziwe skarby, takie jak łuski od naboi.

Ważnym miejscem był znajdujący się ośrodek PKP, który był centrum życia towarzyskiego.
Kiedyś to miejsce tętniło gwarnym, kolorowym życiem. Ośrodek PKP był przyjazny nawet dla dużych rodzin i czworonogów. Do ośrodka przyjeżdżali pracownicy kolei, głównie z Warszawy, Siedlec i Łodzi. Kilka domków zajmowali wczasowicze z byłego NRD. Pamiętam też jak jednego roku na terenie ośrodka mieszkali pod namiotami pionierzy z ZSRR.

Turnusy zaczynały się pod koniec czerwca i trwały 2 tygodnie. Kończyły się w połowie września (ostatni był dla emerytów). Centralnym punktem w ośrodku był wielki i jak na tamte czasy świetny plac zabaw. Piękny, słoneczny i kolorowy. Sprzęt na placu zabaw był zawsze pomalowany w żywe kolory i cieszył dziecięce oko. Pamiętam huśtawki i wielką karuzelę. Plac zabaw miał też swoją niespodziankę – ukrytą w krzakach starą drewnianą huśtawkę – koniki.

Obok placu zabaw mieścił się drewniany obiekt przypominający amfiteatr. Organizowane tam były imprezy i dyskoteki. Ka-Owcy nie próżnowali. Organizowali różne imprezy dla wczasowiczów. Szczególnie utkwił mi w pamięci festyn z okazji święta 22 lipca. Były organizowane konkursy dla dzieci: wokalno-recytatorskie, plastyczne, sportowe – oczywiście z nagrodami takimi jak zabawki, książeczki, gry planszowe. Ja i moja siostra ciągle wygrywałyśmy konkursy wokalne i plastyczne (Siostrze pasja śpiewania i występów została do dziś, jest muzykiem). Po konkursach były potańcówki przy modnych wówczas piosenkach z filmu ,,Akademia Pana Kleksa”. Wczasowicze organizowali też ogniska nad Bugiem. Ośrodek utrzymywał plażę. Było molo, ratownik, wypożyczalnia kajaków. Plaża była zawsze zatłoczona, najwięcej kocyków było oczywiście z logo PKP. Kiedy plaża wyludniała się, wiadomo, że był czas na obiad i plażowicze podążali na stołówkę. Dzisiaj piękne i piaszczyste nadbużańskie plaże zarosły i zrobiły się dzikie. Najbliższa plaża z prawdziwego zdarzenia jest 3 kilometry dalej w Mierzwicach Starych.

Na terenie ośrodka na początku lat 80-tych działała też kawiarenka ,,Cafe pod Minogą” Czynną kawiarenkę pamiętam jak przez mgłę. Można tam było napić się herbaty i kawy. Babcia kupowała mi tam jakieś miodowe cukierki. Mole książkowe mogły skorzystać z biblioteki, która mieściła się przy drodze za placem zabaw. Niestety nie mogłam z niej korzystać, gdyż nie byłam wczasowiczem z ośrodka.
Była też duża świetlica zwana ,,Klubem Semafor” gdzie można było pooglądać tv, pograć w ping-ponga i piłkarzyki. Były tam organizowane też dyskoteki. Za stołówką znajdował się sklepik. Był on zaopatrzony raczej słabo. Z artykułami typu mleko, jajka i warzywa nie było problemu. Miejscowi gospodarze zarabiali na tym.

W latach 80-tych jedynym sklepem był ten w ośrodku, otwierany kilka razy dziennie na krótko i słabo zaopatrzony. Po większe zakupy trzeba było jeździć do Sarnak i Siemiatycz, ewentualnie zamówić mleko, jajka czy warzywa u gospodarzy.

Kiedy skończył się PRL pamiętam jak przez krótko okres czasu była moda na własną działalność handlową na stoliczkach turystycznych. Sprzedawano słodycze, napoje itp. w bramach własnych działek. Na jednej z działek można było kupić lody.
Po drugiej stronie torów powstał nawet pub z dyskoteką, później zamknięty, prawdopodobnie dlatego, że mieszkańcy działek nie mogli znieść hałasu. Przyznam, że z łezką w oku wspominam tamte czasy. Ośrodek był radosny, barwny. To miejsce żyło! Dzisiaj kiedy idę z dworca przez dawny ośrodek PKP i patrzę na pozostałości po placu zabaw, na zrujnowaną stołówkę mam ciche marzenie, aby tamte lata wróciły…

Z Mierzwicami Starymi mam również dużo wspomnień. Ta przepiękna miejscowość jest ulubionym celem moich krótkich wycieczek rowerowych. Mój Tata spędzał tu w dzieciństwie każde wakacje.

Przede wszystkim polecam tu przepiękną plażę i park narodowy, w którym las i wąwozy przypomina scenerię z serialu Robin Hood. Kiedyś jedna wczasowiczka zgubiła się w tym przeogromnym lesie i odnaleziono ją wycieńczoną dopiero po 3 dniach. Lasy są przepiękne, bogate w grzyby, jagody. Są to lasy mieszane, położone na pięknych pagórkach z których spływają strumyczki, toteż sceneria jest naprawdę baśniowa. Dzięki pagórkom są tu przepiękne punkty widokowe.

W sobotni wieczór można było  pobawić się na dyskotece w nieistniejącym już barze u Tedda, a w majówkę  odbywały się zloty motocyklistów organizowane przez siedlecki klub ,,Gryf”. Motocykliści nie tylko z Polski wynajmowali domki w ośrodku i organizowali koncerty zespołów, rockoteki, ogniska. Ci budzący respekt długowłosi rockersi niczym z amerykańskich filmów byli w rzeczywistości przyjaznymi, otwartymi ludźmi, zawsze mogłam liczyć na miłe towarzystwo na zlocie. Ostre granie, piwko, ognisko i poczucie humoru -czego można było chcieć więcej? Pogo w błotku, kiełbasa przy ognisku, a motocykle gdzieś tam z tyłu… Pamiętam reakcję kilku motocyklistów na widok jakiegoś rajdu rowerowego ,,Popatrzcie, nasi bracia mniejsi!”

Ja nie jestem motocyklistką tylko rowerzystką, ale bywalcom zlotów chyba było wszystko jedno, kto na czym przyjechał na ich imprezę. Ważne, że atmosfera była niepowtarzalna.
Dzisiaj tęsknię za moim kochanym Fronołowem i za moimi Mierzwicami. Zaczynam odliczanie do wakacji…

poczt_01

poczt_02

Pisząc artykuł korzystałam ze strony www.dolinabugu.siedleckie.pl